Utworzono: czwartek, 28, czerwiec 2012 Redaktor

PKO B.P. - relikt minionej epoki

PKO. B.P., oprocentowanieDzisiaj luźny artykuł o braku czujności klienta i zaradności dużej instytucji bądź co bądź największego banku polskiego, który to tekst opracował nasz niestrudzony reporter - praktyk:

Nie pałam do banków wielką miłością, ale to moje odczucie spowodowane przykrymi przejściami z przeszłości, co opiszę pewnie kiedy indziej. Ale dziś przyszła pora na super produkt „Książeczka oszczędnościowa” - tak, proszę nie przecierać oczu ze zdumienia, to produkt współczesny!

Unikam od wielu lat produktów bankowych PKO B.P. po przykrej wpadce z książeczkami mieszkaniowymi, które nasze kochane państwo próbowało w miarę bezboleśnie wygaszać. Mimo wiedzy, że to nie wina banku, a przepisów sterujących tym produktem, coś jednak w główce zostało i boli. Jak wielu klientów bohater mojej opowieści, moja babcia, nie rozróżnia banku PKO i PEKAO SA, tak jak Telekomunikacji SA i innych telekomów. Dla niej (i wielu osób w tym wieku) jest to marka znana dobrze się kojarzy.

I tu się zaczyna opowieść. Kochana Babcia wręcza mi do rączek znany wszystkim z wyglądu kartonik książeczki oszczędnościowej PKO. Synu, powiada, wybierz mi z niej 1000 zł, nie będę z grubą kasą chodziła, a tobie to różnicy nie zrobi, jak na poczcie miłe chwile spędzisz. Wszyscy wiedzą, ile trwa chwila na poczcie, ale mus to mus. Z małym niedowierzaniem zapytałem, czy upoważnienia nie potrzebuję, bo wiem, że teraz nic bez papierka się nie załatwi. I miłe zaskoczenie - jestem już upoważniony. Na przedostatniej stronie książeczki oszczędnościowej widnieją moje dane jako osoby upoważnionej (ciekawe jak to się ma do ochrony danych osobowych). Nie mam hopla na punkcie ukrywania tożsamości, więc mi to nie przeszkadza, a jak ma pomóc, to w ogóle genialnie.

Jeśli można przerwać wątek na chwilę, to pragnę pozdrowić idiotę, który tak pięknie opalił mi zapalniczką domofon w miejscu, w którym wkleiłem swoje nazwisko i imię. Znając życie, bolało go, że jako jedyny w dziesięciopiętrowym bloku chcę, by każdy wiedział, gdzie mieszkam. Ciekawe jak kiedyś ludzie żyli z nazwiskami na liście lokatorów. Pewnie byli nieszczęśliwi, skoro to zmieniono.

Wracając do tematu, wziąłem książeczkę oszczędnościową pod pachę i pruję po pracy na pocztę. I kolejna miła niespodzianka. Nikogo przy okienku. Naprawdę brak kolejki. A już chciałem ponarzekać. Podchodzę nieśmiało i wciskając w mały prześwit książeczkę, pytam czy dostanę pieniążki. Oczywiście że tak, ale tylko 200 zł. Głupie - odparłem - ale by się upewnić, że dobrze zrozumiałem, wyliczam. To znaczy, że biorę 200 zł, Pani mi to wpisuje w kolejną rubryczkę na stronie książeczki ja kwituję i za 5 minut idę do Pani po kolejne 200 zł? (Tak 5 razy i jestem zadowolony pomyślałem). - Nie, tak fajnie nie ma, poczta wypłaca pieniążki w imieniu banku ale jak już jednego dnia widnieje wpis, to kolejnej wypłaty nie mogę zrobić. O dziwo wpłacić mogę dowolną kwotę, nawet 15000 za jednym zamachem. Fajne? Mam wrażenie że zawiało komuną, ale to też miłe klimaty. Stwierdziłem, że skoro za komuny stałem za chlebem, to i do banku pojadę.

Krótka analiza miasta i znalazłem malutki oddział PKO po drodze. Dziwne, bo zawsze to potężne budowle, a tu perełka, mały skromny oddział, dwie osoby obsługi i pustki. W środku przede mną była tylko jedna osoba. Obsługiwana przez jedną mądrą panią. Pani z obsługi dyskutowała z klientką o biedzie, ciężkim życiu i w końcu wypłacie gotówki, bo pewnie po to przyszła, ale po kilku minutach zapomniała po co. Nie było mi żal czasu, bo naprawdę wygodna kanapa stała w holu. Poczytałem ulotki mówiące o „super lokatach”. Po paru minutach mój system nerwowy zaczął szwankować. Domagał się tlenu i swobody. Pomyślałem, ludzie to teraz nerwowi nawet kilka minut w miejscu nie usiedzą. Odpędziłem złe myśli bo moja kolej nadeszła. Wręczyłem Pani dokument (książeczkę znaczy) i poprosiłem o wypłatę 1000 zł.

Pani zapytała dlaczego wypłacam pieniążki, na końcu języka miałem „bo tak”, ale to nie wypada, bo Pani była naprawdę miła. Odparłem, Babcia prosi, a jej się nie odmawia. Pani przystąpiła do weryfikacji danych i wypełniania druczków zaczęła liczyć 5 razy pieniądze. Nie ukrywam, że z nudów zapytałem, jakie jest oprocentowanie tego produktu. Nie wiem co mnie podkusiło. Mam za swoje okazało się, że uwaga, to nie pomyłka: 0,01%. W skarpecie pieniądze nabierają więcej wartości...

Przykro pisać, ale spędziłem tam więcej czasu, pytając o inne oferty, na pewno wiecie wszyscy, że tak duży bank ma inne produkty „godne uwagi”. A jak to się dzieje, że proponuje się ludziom takie oprocentowanie? Zrozumiałem wyjaśnienia Pani, że starsi ludzie lubią mieć pieniądze nie w papierku a np. Książeczce, bo to bezpieczniej. Ale gdzie renoma banku gwarantująca zysk klientowi, bo nie wierzę, że bank te pieniądze pożyczał dalej na 0,02% (mając z tego 100% zysku), a na pewno podał dalej klientom po skromnie mówiąc oprocentowaniu 23,49% (lub 16,49% po spełnieniu pewnych warunków - patrz ubezpieczenie), czyli ile procent zysku? 2349% - takie zyski tylko tutaj potrafią wygenerować. Wybrałem więc pieniądze z książeczki babci, a wam radzę, sprawdźcie, co robią seniorzy, jeśli ich kochacie. Wszystkim, którzy dotrwali do końca tego artykułu życzę zysków podobnych do tych, jakie ma PKO z naiwnego klienta. Nie powtórzę tego jeszcze raz, ile procent, nie dam rady... Pozdrawiam, świadomy inwestor.

 

 

książeczka oszczędnościowa